Ostatnie słowa skryby Theloniusa - Część V
Era Papieska (2996 do ~3900)
Nadeszła wtedy Mellephaneous, Ósma Odkupicielka. Nie przyniosła ani ognia, ani potopu, lecz porządek.
Z Pismem w lewej ręce i pieczęcią Boskości w prawej, ponownie otworzyła wrota Axis Mundi, przywracając łączność między Czterema Królestwami. Jej głos nie był donośny, był ostateczny. Jej słowo kończyło spory, uciszało armie i wiązało królów wspólną ścieżką.
Za jej panowania powstały pierwsze Petrae Dei: wielkie stojące kamienie, wyrzeźbione ze świętego granitu i wyryte znakami Świętego Stolicy Apostolskiej. W każdym z nich, jak głoszono, umieszczono relikwię z klasztoru Oroael, dotkniętą przez samego Szóstego Odkupiciela. Te kamienie niosły doktrynę przez cały świat, a gdy było trzeba, wzywały wiernych do walki… lub wysyłały papieskie wojska do doliny. Stały się filarami jedności i dyscypliny.
Mellephaneous rządziła sto dwanaście lat, niezłomna, niestrudzona, niezmienna. Gdy zniknęła, nie znaleziono grobu — pozostały jedynie jej szaty, złożone na tronie sądu.
Pozostawiła świat pokoju.
Lecz pokój, pozostawiony zbyt długo w milczeniu, zaczyna twardnieć.
Boskość nie zesłała kolejnego Odkupiciela. Wierni uwierzyli, że nie jest to potrzebne. Jednak mimo że ołtarze lśniły, stare grzechy powróciły. Nosiły mitry, całowały relikwie i powtarzały język świętości.
Papieska władza panowała bez sprzeciwu. Handel kwitł, pola rodziły plony, a miasta błyszczały pod kolorowymi szybami. Lecz myśl przygasała. Ciekawość zwalniała. Słowo Świętego Stolicy stało się prawem, a prawo zastąpiło naukę.
Pierwsze Krucjaty ruszyły przeciw demonom. Kolejne wymierzone były przeciw Fay, szamanom i śpiewakom. Z czasem nikt nie był bezpieczny, kto pamiętał zbyt wiele.
Dom Thornwood, strzegący rytuałów Wielkiej Matki, był pierwszym potępionym. Ich gaje zostały wykarczowane, ich pieśni uciszone pod liturgicznym rozkazem.
Dom Radiance, roszczący sobie prawo do krwi starożytnych smoków, został wymazany. Ich sale zapieczętowano solą, a ich imiona wymazano z pamięci.
Paladyni Solhart, niegdyś strażnicy Złotego Jelenia, zostali uznani za heretyków. Zbyt długo stali u boku druidów i zbyt często śpiewali w starym języku.
Nieugięci nie chcieli się kłaniać. Skrybowie i mędrcy, którzy znali tron tylko ten związany z korzeniami świata, zniknęli w lasach, zabierając ze sobą pieśni i opowieści.
W pokrytych sadzą ruinach klasztoru Oroael pozostała iskra. Z rozsypanych zwojów i połamanych tablic wyłoniła się Karma. Uczyli, że równowaga to nie bunt, a sprawiedliwość wciąż może być żywa. Papież Elusphan ogłosiła ich niebezpiecznymi. Byli ścigani i rozproszeni, lecz nie wymazani.
Nawet skrybowie byli obserwowani. W imię prostoty wygnano opowiadaczy historii, a ich wersy spalono. W imię czystości potępiono dociekania. Święty Stolic nauczał, że jeśli Boskość chciałaby coś odkryć, zesłałaby Odkupiciela.
Niektórzy papieże byli mądrzy. Kilku życzliwych. Większość rządziła krótko, ich imiona zaginęły wśród kadzidła i kamienia. Ale byli też inni, zapamiętani nie za cnoty, lecz za to, jak głęboko nosili swoje maski.
Papież Maulen, zapamiętany jako uczony i budowniczy, uczynił z pychy świętość. Wypełnił katedry własnym wizerunkiem i przepisał psalmy, by wychwalały jego imię. Ogłosił tron papieski drugim po niebie, a ludzie się radowali, nieświadomi, że Niebo się odwróciło.
Papież Malhenus ustanowił Inkwizycję. Jej struktura nawiązywała do armii Anatolii, gest mający uczcić Wschodnie Królestwo. W rzeczywistości je wydrążył. Najlepsi żołnierze przysięgali nie królowi ani ojczyźnie, lecz doktrynie. W ciągu jednego pokolenia Inkwizycja stała się największą siłą militarną w królestwie.
Papież Luseman skostniał Kościół milczeniem. Częściej pisał edykty niż je wygłaszał. Sobory pęczniały. Reformy umierały martwe. Lenistwo rosło w zakamarkach świątyń, niezauważone i niekwestionowane.
Papież Senehua, której śmiech niegdyś przynosił radość nawet umierającym, przemieniła lekkość w rytuał. Posty stały się paradami, skrócone modlitwy rymami, a święte czuwania grami dowcipu i uroku. Śmiech zastąpił cześć, a świętość stała się przedstawieniem.
Żaden z nich nie dążył do zguby. Każdy wierzył w swoją prawość. Każdy kroczył ścieżką cnoty w ciemność i nigdy się nie oglądał.
A jednak, nie przyszedł żaden Odkupiciel.
Przez ponad osiem wieków trwała Era Papieska. Osiemdziesiąt dwa imiona wyryto w filarach Stolicy. Niektórzy je polerowali. Inni patrzyli, jak pękają.
Aż pewnego ranka, człowiek przybył boso do bram Axis Mundi.
Nazywał się Loïos.
Nie niósł pieczęci, nie nosił tytułu. Nie żądał korony, nie rościł sobie praw. Prosił jedynie ludzi, by odpoczęli, pamiętali i słuchali. Jego głos był cichy.
Nigdy nie dotarł do ołtarza.
Niektórzy mówią, że to była gorączka. Inni szepczą o truciźnie. Jeszcze inni wierzą, że żaden Odkupiciel nie umiera bez celu.
Po jego śmierci Petra Dei zaczęły brzmieć. Linie ley zadrżały. I choć katedry wciąż stały, ziemia pod nimi zaczęła się poruszać.
Tak zakończyła się Era Papieska.
Nie przez ogień. Nie przez bunt.
Lecz w milczeniu, który wiatr już nie niósł.
— Thelonius Skryba
Ostatnie słowa skryby Theloniusa - Część IV
Wiek Królestw (~2350 do 2996)
Mówi się, że nauki Oroaela utorowały drogę Czterem Królestwom: Gallii, Gothii, Iberii i Anatolii. Handel kwitł, drogi były wytyczane przez świętą ziemię, a miasta wznosiły się, zwieńczone katedrami, obserwatoriami i cechowniami. Ludzkość osiągnęła szczyt piękna i wiedzy, jakiego nie widziano od czasów Atlantydy.
Lecz nic, co stworzone ludzką ręką, nie pozostaje czyste na zawsze.
Wraz z rozrostem królestw pojawiały się też pęknięcia w ich wnętrzu. Szlachta knuła za rzeźbionymi drzwiami. Zabójcy przechadzali się wśród akolitów. Kulty szeptały z krypt i piwnic. Relikwie z Fali zmieniały właścicieli w tajemnicy, a dawne grzechy wkradały się z powrotem w tańczące cienie ludzi, którzy jedynie obserwowali światło...
I wtedy objawiła się Eleleth.
Już wcześniej przemierzała świat. Choć była biskupem z miasta Monastir, nigdy nie władała z tronu ani nie przemawiała z ambony. Znana była jako poszukiwaczka miejsc, których wierni się bali, i jako ta, która napełniała przerażonych błogosławieństwem wiary. Jej cnotą była wytrwałość, nie ciała, lecz ducha — siła, by dalej szukać, nawet gdy ścieżka zamieniała się w cień.
Studiowała Wroga nie po to, by mu oddawać cześć, lecz by go zrozumieć. Z ruin, zwojów, dzikich plemion i milczenia Fey zbierała połamane części zapomnianej całości. Jej dary były liczne: ochrony, mikstury, tatuaże, glify, sole wiążące i struktury przemawiające ciszą. Zapieczętowała Tygle Cierni, najgłębszą ranę wciąż otwartą w Stworzeniu. Do dziś nosi jej znak.
A każde królestwo pamiętało ją inaczej.
W Anatolii nazywano ją Djannarą, Dżinnem w Ciele, duchem w ciele, który znał imiona demonów i słowa, by je unicestwić.
W Iberii była Zaharią, Mgłą Kuźni, która szeptała błogosławieństwa w stal i wyrywała ochronę w kamieniach domów i kaplic.
W Galii wspominano ją jako Cléverię, Architektkę Światła, która nauczyła budowniczych wznosić łuki, które oddychały, i rozświetlać szkło boskością.
W Gothii, pośród śniegu i popiołu, była Haljaską, Tą, która zna Pieśń Popiołu, szamanką, która śpiewała zmarłych do spoczynku i wiązała błąkające się duchy nicią i oddechem.
Z jej nauk wyrosło wiele zakonów, niektóre okryte tajemnicą, inne znane w świetle dnia. Najbardziej widoczni byli Strażnicy Zasłony, budowniczowie wież oznaczonych glifami wzdłuż progów linii ley. Inni, znacznie cichsi, to Akolici Niewidzialnej Nici, którzy wszywali amulety w płaszcze i chronili sny znakami. Niewiele z tych zakonów przetrwało do dziś. Tylko Strażnicy Ukrytego Światła trwają, czuwając, nie roszcząc sobie praw.
Nadszedł czas, gdy te zakony powstały razem. Nie mieczami, lecz znakami i słowami. Nie okrzykami bojowymi, lecz ciszą. Uczeni później nazwali to Cichą Krucjatą, wojną pieczęci, pamięci i pieśni. Korupcję odwrócono nie armiami, lecz rytuałami. Glify śpiewały do murów. Atrament powstrzymywał mrok.
I Eleleth przeżyła to wszystko. Może dłużej, niż powinna.
Jest jedyną Odkupicielką, której wniebowstąpienia nigdy nie widziano. Niektórzy mówią, że powracała z wyboru, odmawiając Nieba, aż do ostatniej pieczy. Inni twierdzą, że wciąż chodzi po zapieczętowanych miejscach.
Jej sepulkra leży pod Axis Mundi, w najniższej krypcie, gdzie nawet najjaśniejsze świece gasną. Przynajmniej tak mówią.
Jej sanktuaria pozostają, nie w wielkich miastach, lecz wzdłuż zapomnianych ścieżek, wyryte w kamieniu, ukryte w winoroślach. Stare plemiona wciąż z czułością wypowiadają jej imię, podobnie jak pustelnicy, wędrowcy i wierni, którzy ostrożnie strzegą swej ciszy.
Nie dla jej światła,
Lecz dla jej siły.
— Thelonius Skryba
Ostatnie słowa skryby Theloniusa - Część III
Wielki Wzrost (~1930 do ~1950)
To był Wielki Wzrost, czas, gdy demony bezczelnie przemierzały Stworzenie. Miasta płonęły. Pieśni zamilkły, miłość przepadła, bohaterowie powstawali i błyszczeli tylko na krótką chwilę, zanim zostali pożarci, i przez pewien czas wydawało się, że mrok zwyciężył.
Lecz wtedy, pośród ognistego chaosu, pojawił się przeznaczony piąty wybawiciel, Armozel, siódmy syn gotyjskiego cieśli. Geniusz alchemii i świętej geometrii, odkrył sposób na napełnianie metali boskim duchem, tworząc broń i zbroje jakich świat wcześniej nie widział. Choć czczono go jako kowala, jego prawdziwy geniusz tkwił w tym, co niewidzialne – jego dłonie prowadził ukryty porządek Boskości, prawa żywiołów, wzory Linii Ley i cichy puls samego Stworzenia.
W wieku trzydziestu czterech lat wszedł na służbę króla Anatolii i przez jedenaście lat kształtował nie tylko broń i fortyfikacje, ale też strategię, naukę i sztukę wojny. Choć Anatolia była niegdyś przyćmiona blaskiem Atlantydy i dumą Heliosa, przetrwała. Jej ludzie, zahartowani w cierpieniu, stali się jednym z ostatnich wielkich bastionów ludzkiej woli. Nauki Armozela szybko rozprzestrzeniły się po jej wielkich salach i górskich twierdzach.
Gdy rozpoczął się Wielki Wzrost, to Armozel go przewidział i przygotował początkowy opór. Z wszystkich królestw zebrali się wojownicy pod jego sztandarem, którego widok napełniał ich Boską inspiracją i odwagą – tak narodzili się Synowie Światła.
Gdy demoniczna burza rosła i rozprzestrzeniała się, Axis Mundi, starożytna i uświęcona, otworzyła swoje bramy, a miasto stało się schronieniem dla wszystkich. A gdy Wzrost ogarnął ziemię, tysiące uciekło do jego wież – nie tylko zwykli ludzie, ale też wojownicy, mędrcy, rzemieślnicy i wierni. Boskie Drzewo, dawno uschłe, stojące w centrum Sepulkry Miłości, stało się celem pielgrzymek. Pień owinięty był zaklęciami, gałęzie uginały się pod ciężarem modlitw, a korzenie podlewane łzami bólu i smutku. Mówi się jednak, że gdy Armozel wkroczył do miasta ze swoją lśniącą legionem, pod drzewem lały się łzy nadziei, napełniając je życiem i kwieciem.
Jedno po drugim upadały wielkie królestwa, aż w końcu Axis Mundi została otoczona. Mimo że jej mury drżały pod naporem piekielnych legionów, które skuwały starożytne kamienie, Armozel stał niewzruszony i wraz ze swoimi paladynami odparł każdy demoniczny atak, coraz bardziej zaciekły. Niektórzy twierdzili, że sama Lilith dowodziła ostatnimi szturmami na mury, ukoronowana kością i mgłą. Lecz prawda zaginęła, jak to często bywa w ogniu wojny.
Wtedy zstąpił Phaionios, Archanioł Płomienia i Czwarty Wybawiciel, napełniony Boskim Gniewem. Potężne bramy Axis Mundi zostały otwarte, a demoniczne hordy zamilkły na widok płonącego serafina. Przed nim szły ogień i furia, za nim kroczyli Synowie Światła w całej swej chwale, a w jego rękach spoczywała boska broń o niespotykanej sile zniszczenia, która jednym ciosem zmiażdżyła demoniczne hordy, wysyłając fale boskiego ognia z Axis Mundi na całe Stworzenie niczym fale na wodzie. Tysiące uchodźców, paladynów i rzemieślników zostało pochłoniętych przez płomienie, ich dusze nigdy nie zaznały spoczynku. Tylko Anatolia została oszczędzona.
Boski ogień nie tylko palił żywioły, ale i niszczył ducha, a gdy pochłaniał legiony Piekła gdziekolwiek się pojawiały, ranił też ziemię. Od Axis Mundi po serca Gotii, Galii i Iberii, ogromne obszary stały się pozbawione ducha – Ziemie Nawiedzone. Niewidzialne dla Boskości i przeważnie pomijane przez siły Zła, te tereny do dziś zamieszkują zagubione dusze i sporadycznie zwierzęta, które zbłądziły.
Przełom nastąpił. Boskie rzemiosło Armozela i niebiański gniew Phaioniosa stworzyły święty sojusz, zdeterminowany, by ścigać resztki Zła, gdziekolwiek się znajdowały. Początkowo jednak ich więź była nierówna – serafin Phaionios, promienny i czczony, Armozel – śmiertelny geniusz. Lecz podczas tych prób Armozel zyskał powszechne uznanie wiernych, a gdy nadszedł czas, Boskość wyniosła go do rangi Piątego Wybawiciela.
Ich krucjata stała się legendą. Razem wznieśli Starożytną Stelę, umożliwiając poległym wojownikom powrót do życia. Wznosili strażnice na krańcach znanych ziem, budowali fortyfikacje strzegące granic prowincji, gdy Zło było wykorzeniane, i zamykali ścieżki podziemi.
To była Pierwsza Krucjata, która ocaliła ludzkość przed zagładą.
Na koniec Phaionios spalił ostatnie demoniczne bramy, kierując boski ogień w szczeliny, podczas gdy Armozel wykonał pieczęcie, by zablokować ich powrót. A potem, tak majestatycznie jak się pojawił, Phaionios odleciał, jego skrzydła odbijały światło na niebie, gdy trąby Boskości zabrzmiały na pożegnanie.
Lecz Axis Mundi zapłaciła cenę. Jej bramy były zwęglone, powietrze duszące i zgniłe, a linie ley spalone. Ci, którzy przeżyli ostatni szturm, mówili, że to już nie miasto, lecz sanktuarium poświęcone ofierze złożonej, by oczyścić świat z Zła. Po Wzroście zostało opuszczone, nie z żalu, lecz z czci. Nikt nie odważył się odbudować go przez wieki.
Dla Armozela historia nie zakończyła się triumfem.
Dekady po Krucjacie, pycha zakorzeniła się w jego sercu. Kuszony przez Zwodziciela pod postacią anioła, zebrał Synów Światła po raz ostatni i poprowadził ich w głąb Góry Medula, szukając ukrytej chwały i zakazanych skarbów.
Nikt nie wrócił.
Armozel, niegdyś rzemieślnik zbawienia, zniknął w cieniu, a jego los stał się ponurym echem grzechów, przeciw którym kiedyś walczył.
— Thelonius, Skryba
Wiek Legend (~1950 do ~2350)
Świat nie podniósł się szybko, a zniszczenia, które nastąpiły po Pierwszej Krucjacie, ciągnęły się przez wieki. Wielka Fala pozostawiła Stworzenie spalone i pogrążone w żałobie. Starożytne miasta Atlantyda, Helios, Karpatia i Thule leżały w ruinie lub cieniu. Jednak z popiołów tego upadłego splendoru zaczęły powstawać nowe opowieści.
To był Wiek Legend.
Wiedza przekazana przez Phaioniosa i Armozela przetrwała, przekazywana przez rozproszonych, lecz zdeterminowanych ocalałych, spisywana przez skrybów w rozpadających się salach, wyryta w reliktach świecącego kamienia. Ich święta geometria, boska metalurgia, rytuały światła i ochrony stały się fundamentem, na którym zraniony świat miał się uleczyć i odbudować. Nie z marmuru, lecz z woli.
Powstawały zgromadzenia wiernych, rozproszone i często skłócone, lecz wszyscy zwracali oczy ku niebu w poszukiwaniu przewodnictwa. W braku centralnej władzy królewskiej, wyłaniali się wodzowie wojownicy, niektórzy okrutni, inni szlachetni, jeszcze inni zapomniani. Kraj był podzielony na liczne twierdze i zamki, rządzone mieczem i przymierzem, plądrowane przez potwory, które nie powróciły do Piekła, lecz czaiły się w głębokich lasach i jeszcze głębszych jaskiniach.
To był czas odbudowy, ale też czas nawiedzeń.
W całym Stworzeniu istniały miejsca, które Fala dotknęła zbyt głęboko, ziemie, gdzie zasłona między duchem a ciałem została rozerwana. W tych nawiedzonych regionach duchy nie mogły przejść do Zaświatów. Błąkały się, zagubione w smutku, gniewie lub zamęcie, związane z polami i ruinami niczym wspomnienia, które odmówiły śmierci. Te ziemie przetrwały do dziś.
Z tego złamanego wieku wyłoniły się wielkie imiona. Bohaterowie, których czyny przetrwały kości.
Artur, Roland, Moyra, Zygfryd, El Cid, Almanzor i Maven – nie byli tylko królami czy królowymi, lecz symbolami. Uosobieniami poświęcenia i suwerenności, siły i smutku. Trzymali noc na dystans, zabijali potwory zrodzone ze starożytnych grzechów i budowali królestwa na popękanej ziemi. Niektórzy zginęli w triumfie, inni zniknęli w tajemnicy. Ich dziedzictwo stało się światłem, które niesiemy w najciemniejszych godzinach.
A potem, z miejsca bez tronu i sztandaru, nadeszło inne światło – miękkie, stałe i trwałe.
Oroael, Szósty Odkupiciel, nie przyszedł w płomieniach ani cudzie. Chodził po ziemi jako nauczyciel, nie zdobywca. Mówił o równowadze jako pokoju, o porach roku jako darach, o pracy jako oddaniu, o dobroci jako sile. Nie dał nam murów, broni ani imperium, lecz narzędzia do godnego życia.
I ludzie poszli za nim.
Z jego mądrości powstały pierwsze klasztory, wykute w dawnych miejscach mocy. Jego wyznawcy wznosili kaplice i ogrody, uczyli leczenia, muzyki, Pisma i świętej pracy. Jego kalendarz porządkował dni, jego modlitwy witały wschód i zachód księżyca. Dał nam Regułę Życia, nie jako nakaz, lecz z jasnością. I choć nigdy nie rządził narodem, jego słowa rządziły sercami narodów, które miały nadejść.
Nawet teraz, w zapomnianych zakątkach świata, jego nauki brzmią jak dzwony w głębokim kamieniu.
Wiek Legend nie zakończył się ciszą. Zakończył się zasianiem ziaren i wzrostem sadzonek, które miały przynieść owoce dla przyszłych pokoleń.
I mówi się, że jeśli posłuchasz wiatru o świcie, gdy mgła jest gęsta, a świat jeszcze dochodzi do siebie po chłodzie nocy, możesz usłyszeć historie tamtych czasów, szeptane przez duchy, śpiewane przez mnichów i pamiętane przez dusze przeszłości.
— Thelonius Skryba
Autorzy i obrazy:
The Great Surge – Wielki Dzień Jego Gniewu, John Martin, 1851
The Age of Legends – Czuwanie Walkirii, Edward Robert Hughes, 1906
Ostatnie słowa skryby Theloniusa - Część II

Era Pradawnych – Meirothea (~350 do ~500)
Gdy wyłoniliśmy się z umierających echa Raju, byliśmy zaledwie wędrowcami, niemi i bez celu, potykając się w świecie pełnym przerażającego cudowności. Wody się cofnęły, a wraz z nimi nasza niewinność. Tam, gdzie niegdyś panowało tylko lato, świat się zmienił. Słońce już nie trwało wiecznie na niebie. Nastała noc, a w jej wypełnieniu – Zima. Nie jako kara, lecz jako odbicie naszej utraty.
A jednak odkryliśmy, że Zima niesie łaskę.
Wtedy to Boskość, w swojej miłosierdziu, zesłała Meirotheę, Drugiego Odkupiciela. Cherubina o płynącym głosie i świetlistej formie, zstąpiła i nauczyła nas, jak przetrwać zimno, ciszę, noc. Dała nam język, byśmy mogli nazwać to, czego się baliśmy. Dała nam pieśń, by pamiętać to, co kochaliśmy. I dała symbole, by zachować to, czego się nauczyliśmy. Z jej darów narodziła się pamięć.
Przed jej przybyciem nie posiadaliśmy mowy, opowieści ani zdolności kształtowania myśli w dziedzictwo. Dzięki jej darom przekroczyliśmy próg od przetrwania do kultury. A sam świat zdawał się odpowiadać. Lasy rozbrzmiewały pieśniami, rzeki szeptały wiersze, a mówi się, że w jej obecności pnącza rosły, zwijając się ku jej głosowi niczym kwiaty ku słońcu.
Ptaki także pojawiły się w jej czasach lub powróciły. Niektórzy twierdzą, że nie urodziły się tutaj, lecz przeszły z dawnych światów Nieba i Fey, przyciągnięte dźwiękiem głosu Meirothei. Krążyły nad nią i gniazdowały w jej polanach, będąc przypomnieniem boskiego chóru, który już nie mógł chodzić po ziemi. Ich pieśni, w jej cieniu, stały się święte.
Jej sanktuaria nie były z kamienia, lecz z ziemi i światła księżyca, wodospadów, zmierzchowych polan i jaskiń, gdzie przy ogniu tańczyły odbicia do pradawnych rytmów.
Lecz jak zawsze, światło przyciąga cień.
Moloch, zrodzony z Gniewu i ukształtowany boską furią, powstał z głębokich dzikich ostępów, by jej się sprzeciwić. Jego bestie szarpały to, co ona pielęgnowała. Rozpoczęła się wojna, niewidzialna dla większości, lecz odczuwalna w drżeniu wiatru i pomrukach w ciemności. Jednak Meirothea nie walczyła sama. Obok niej stali nasi przodkowie, pierwsi, którzy władając magią przez taniec i głos, wspierali ją. A obok nich kroczyły istoty jeszcze starsze, dziwne, świetliste, półzapomniane. Później nazwaliśmy je Fey.
Wilki również porzuciły dzicz i zostały do niej przyciągnięte. Pod jej spojrzeniem wyły nie z gniewu, lecz z czci. Stały się jej cichymi sojusznikami, nie sługami, lecz duchami zrozumienia i siły.
By prowadzić nas przez ciemność, Meirothea umieściła Księżyc na niebie. Legendy mówią, że oderwała srebrzystą płytę z gór Gallii, wznosząc ją ku niebu nie tylko jako latarnię, ale jako zwierciadło, by odbijać to, co trzeba zobaczyć. Pod jego światłem bestie Gniewu zostały obnażone. I odtąd ci, którzy zostali skrzywieni przez furię, nie mogą już ukrywać się pod jego blaskiem.
Zima wracała co roku, lecz pod przewodnictwem Meirothei nabierała sensu. Stała się porą refleksji, czasem pamięci i przygotowania, a nie żałoby. Śmierć przestała być pustką. Stała się przejściem, a pamięć jej światłem.
Lecz nie wszyscy pragnęli pamięci.
Lucyfer i Lewiatan, duchy Dumy i Zazdrości, poruszali się w ukryciu. Nie chcieli zniszczyć Meirothei, lecz ją zwieść. Co się stało, pozostaje przedmiotem debat nawet wśród mędrców. Niektórzy mówią, że Duma niemal skusiła ją do porzucenia swojej drogi. Inni, że Zazdrość uderzyła pierwsza, by zapobiec zdradzie. Pewne jest jedno: oboje zostali strąceni z powrotem w otchłań, a Meirothea, zraniona w duchu, powróciła do niebios.
Nie zostawiła za sobą świątyni, korony ani imperium.
Zostawiła Księżyc.
Zostawiła Opowieści i Pieśni.
I przez nie pamiętamy ją.
Przy każdym zimowym ogniu, w każdej świętej pieśni, jej obecność trwa. Księżyc wciąż czuwa. A pod jego blaskiem nie nawiedza nas ciemność, lecz przypomnienie o tej, która pierwsza nauczyła nas, jak przez nią przejść.
— Thelonius Skryba
Era Pradawnych – Demira (876 do ~1050)
W wiekach, które nastąpiły po odejściu Meirothei, ludzkość nie popadła ponownie w milczenie. Jej cenne dary przetrwały.
Dzięki mowie nadaliśmy imiona rzekom i niebu. Dzięki pieśni pamiętaliśmy. A dzięki symbolom zaczęliśmy mierzyć czas i oznaczać wydarzenia. Nasz lud nadal wędrował, lecz już nie jak bestie. Oswajaliśmy dzicz na małą skalę. Uczyliśmy się tropić, zbierać, polować z zamiarem, a nie z desperacją. Pojawili się pierwsi mędrcy, ci, którzy rozmawiali z wiatrem i ogniem. W jaskiniach i na kamieniach ryliśmy nasze myśli, malowaliśmy opowieści. Pierwsi druidzi oświecali polany, a pierwsi szamani słuchali gwiazd.
Lecz sama wiedza nie nakarmiła głodnych, a pamięć nie ogrzała dziecka.
Dlatego Boskość, w swojej niekończącej się miłosierdziu, zesłała nam Demirę, Trzecią Odkupicielkę.
Tam, gdzie Meirothea dała głos duszy, Demira dała siłę ciału i delikatność dłoni. Nie przyszła w blasku czy widowisku, lecz z ziarnami, narzędziami i troską. Kroczyła pośród pokornych i zmęczonych, ubrana na zielono, z laską w ręku i plecionymi warkoczami z kłosów pszenicy we włosach.
Demira przyniosła ludziom trzy wielkie dary: Rolnictwo, Troskę i Rzemiosło. Nauczyła nas orać ziemię, siać i zbierać plony, troszczyć się o zwierzęta nie dla panowania, lecz dla towarzystwa. Jednak jej największym darem była sama Troska – cnota przenikająca każdy akt opieki, leczenia i pielęgnacji, czy to dziecka, czy gleby, jagnięcia czy starca. Pod jej przewodnictwem nauczyliśmy się budować domy, hodować stada i tworzyć pierwsze prawdziwe wspólnoty.
Jej oddech przyniósł Wiosnę, a jej łzy – pierwsze jesienne deszcze. Bo przed nią był tylko Lato – niekończące się słońce bez odpoczynku i odnowy – oraz Zima, czas ciszy i snu. Demira dopełniła cykl, dając światu Wiosnę jako czas narodzin i Jesień jako czas żniw i refleksji. Pory roku stały się szprychami koła czasu, a życie zaczęło się obracać.
Lecz jak zawsze, grzech podąża za ziarnem.
Z żniwami przyszło obfitość, a z obfitości – rozpasanie. Z rzemiosłem – bogactwo, a z bogactwa – zazdrość i chciwość. Ze wspólnot – plotki i podejrzenia wobec sąsiadów, bo gdy jeden człowiek rozkwita, inny stara się udowodnić jego niegodność. Tak więc pokój, który pielęgnowała, zaczął pękać. Grzechy Obżarstwa, Chciwości i Gniewu znów się poruszyły. Ich Książęta – Zeb, Mammon i Moloch – powrócili z armiami korupcji, okryci głodem i ogniem.
Demira, przewidując burzę, ponownie zawiązała sojusz z Fey i stworzyła to, co dziś nazywamy Starymi Stelami – monolitami zakorzenionymi w Liniach Ley Stworzenia. Z sakralnymi inskrypcjami i boskim rezonansiem chroniły wiernych i stały jako latarnie przeciw nadciągającej ciemności.
Lecz fala grzechu nie ustępowała.
Boskość, w żalu i furii, postanowiła oczyścić świat potopem, lecz Demira, w smutku i z miłości, błagała o niewinnych. Boskość dała wybór: aby ocalić ludzkość, musiała poświęcić wszystko.
I poświęciła.
Demira nie stworzyła drewnianej arki, lecz duchowe sanktuarium utkane z samej siebie. Z pasterzami szukała godnych. Gdy wody wzrosły i świat tonął, trwała nieugięta. A gdy potop osiągnął szczyt, poświęciła siebie, przeklinając Zeba, Mamonę i Molocha wiecznym cierpieniem. Mieli głodować i nigdy nie zaznać sytości, pragnąć i nigdy nie zostać spełnieni, wściekać się i nigdy nie zaznać spokoju.
Od tego dnia nosili w sobie odłamek jej ducha niczym palące żelazo w duszy. Tam, gdzie kiedyś czerpali radość ze swoich grzechów, teraz znajdowali tylko cierpienie.
Jej ciało, nietknięte rozkładem, widziano unoszące się nad Axis Mundi i rozpuszczające się w krople łaski, spadające na to, co pozostało z Drzewa Protennoii. Jej istota wlała się w Linie Ley, tworząc wielką sieć życia, pamięci i mocy. Pax Dei, kruche lecz trwałe, wyrosło z jej korzeni.
Do dziś, gdy jesienne deszcze padają zimne i nagłe, starzy mówią, że to Demira płacze – nie za tymi, których ocaliła, lecz za tymi, których nie mogła.
— Thelonius Skryba
Era Elysium (~1050 do ~1930)
Potop minął, a wody się cofnęły. Ofiara Demiry wciąż rozbrzmiewała w Liniach Ley, a ocalańcy, otuleni jej duchem, wkroczyli ponownie w świat.
Lecz Boskie przewodnictwo nie nadeszło.
Przez niemal tysiąc lat staliśmy sami, bez aniołów, bez głosu z niebios. Boskość milczała. Fey zniknęły w swoich ukrytych gajach. I tak nastała Era Człowieka.
Z czasem ocaleńcy rozprzestrzenili się i rozmnożyli. Przekraczali rzeki i wspinali się na grzbiety, budowali z kamienia, orali ziemię i pamiętali. Z nich powstały cztery wielkie cywilizacje, każda dotknięta darami Odkupicieli, lecz ukształtowana przez śmiertelną wolę.
Na Zachodzie powstała Atlantyda, niczym wspomnienie snu. Zbudowana na starych pamięciach i jeszcze starszej magii, jej miasta lśniły wieżami splecionymi z wody, ulicami jak lustra i archiwami żywego kryształu. Tam mędrcy twierdzili, że czytają los z odbić i pogodę z dźwięków. Udoskonalili sztuczki i alchemię. Mówi się, że niegdyś wykuli replikę słońca pod morzem.
Na Północy wyżyny Thule wychowały twardych ludzi. Plemiona, które opowiadały o wyciu wilków i pamiętały wojenne pieśni Dzikich Pierwszych. Wiązały się przysięgami przodków, ryły kamienie krwią i kością, a czary splatały z pieśnią. Ich wodzowie rządzili nie koroną, lecz próbą, a ich szamani rozmawiali z duchami wciąż obecnymi z czasów Meirothei. W ich oporze była siła. W ich jedności – mądrość.
Na Wschodzie powstał Helios, królestwo światła i prawa. Siedem złotych miast, każde rządzone przez radę filozofów-królów, lśniło pod wysokimi piramidami z kamienia słonecznego. Ich wiedza dorównywała Atlantydzie, lecz ich duma była głębsza. Kapłani Heliosa uważali się za strażników boskiej pamięci. Uginali światło do swojej woli i twierdzili, że ich cienie są czyste.
Lecz to Karpatia lśniła najbardziej fałszywie.
Położona w sercu starych ziem, Karpatia była królestwem ogrodów i luster, marmuru i kadzidła. Jej władcy mówili o pokoju i pięknie, ale za zasłonami stał Książę Piekła, okryty chwałą, odziany w urok. Szeptał o jedności, czystości, wzniesieniu. Zbudował tron sięgający gwiazd, a ludzie podążali za nim chętnie.
Każda z Czterech niosła wielkość. I każda miała wadę.
Atlantyda, w pragnieniu zachowania wiedzy, zapomniała pokory.
Thule, w czci dla siły, siała ziarna niekończącej się zemsty.
Helios, w kulcie porządku, wyrzucił współczucie.
Karpatia, w dążeniu do doskonałości, dała dumie koronę.
Grzechy powróciły, nie jako potwory, lecz jako polityka. Jako architektura. Jako rytuał.
A im głębiej te cywilizacje zakorzeniały się, tym bardziej otwierały pęknięcia w bramach pod światem. Zapomniane ruiny poruszyły się. Stare kości obudziły. A Piekło, już niezadowolone z szeptów, zaczęło znów oddychać.
Świat przygotował się na katastrofę.
I nadeszła.
— Thelonius Skryba
Autorzy i obrazy:
- The Age of the Ancients – Meirothea – obraz autorstwa Alphonse Muchy, „Winter” (Zima), 1896
- The Age of the Ancients – Demira – obraz autorstwa Alphonse Muchy, „Spring” (Wiosna), 1896
- The Elysium Age – obraz autorstwa Thomasa Cole’a, fragment cyklu „The Course of Empire”, część „Destruction” (Zniszczenie), 1836
Strona 51 z 59






