Legenda o pierwszej kozie
Jak opowiadała babcia każdej zimy.
Starożytni mówili, że podczas Pierwszej Zimy, zanim ludzie nauczyli się opłakiwać i pamiętać, wędrowali zmarli.
Zasłona była cienka, ale ścieżki ciemne i nic nie prowadziło zagubionych dusz do domu. Nawet Meirothea, której księżycowe światło łagodziło noc, nie mogła oświetlić każdego miejsca, w którym krył się smutek.
Pewnego wieczoru, idąc przez mróz, Meirothea dostrzegła ducha dziecka siedzącego pod gołym drzewem. Dziecko było zmarznięte, przestraszone, niemogące wypowiedzieć własnego imienia, ponieważ ludzkość nie nauczyła się jeszcze prawdziwego języka, jedynie garstki słów, a żadnego nie oznaczającego żalu czy żałoby.
Meirothea uklękła i wyszeptała: „Malutka, podążaj za moim głosem”. Ale dziecko nie mogło się podnieść. Ich stopy splątały się w cieniu.
Meirothea zawołała więc wilka. Ale kroki wilka były zbyt ciężkie, a cienie zaczęły się obawiać jego zębów.
Wtedy Meirothea zawołała ptaka. Ale skrzydła ptaka nie mogły dosięgnąć nisko położonych miejsc, gdzie gromadzi się smutek.
Więc Meirothea zawołała po raz trzeci w ciszę świata: „Jeśli jakiekolwiek stworzenie zna ukryte drogi, niech mi je pokaże”.
Z ciemnych korzeni drzewa wyłoniła się mała postać. Stworzenie o bystrych oczach, zwinnych kopytach i rogach niczym dwa półksiężyce. Skłoniło się Meirothei, jakby czekało, aż przemówi.
Koza podeszła do duszy dziecka i delikatnie dotknęła jej rogiem. Tam, gdzie dotknęła, cienie się rozluźniły. Koza odwróciła się, idąc ścieżką, której jeszcze przed chwilą nie było, ścieżką wijącą się między cierniami smutku a głębokimi zaspami zapomnienia. A dziecko podążyło za nią.
Kiedy dotarli do Zasłony, koza wróciła do Meirothei i ponownie się skłoniła. „Dlaczego pomagasz zagubionym?” – zapytał Odkupiciel. Koza nie przemówiła, kozy wciąż rzadko to robią, ale przyłożyła czoło do jej dłoni, a ona zrozumiała: „Bo żywi rzadko patrzą w dół, a umarli często”.
Od tego dnia koza kroczyła przed Meirotheą we wszystkich zimowych podróżach. Jej kopyta odnajdywały każdą ukrytą drogę. Jej rogi rozbijały każdą pułapkę cienia. A w jej jasnych oczach odbijała się każda dusza, która szukała drogi do domu.
Dlatego w Yule splatamy małe koziołki ze słomy, aby oddać cześć Pierwszemu Przewodnikowi. Umieszczamy je w drzwiach, na paleniskach, przy ogniu lub latarni, wierząc, że koziołek wciąż kroczy niezauważony, torując drogę duchom zmarłych.
I mówimy: „Wilk strzeże, ptak ostrzega, a koza prowadzi cię do domu”.
Opowieści z Lyonesse II
Segurant i jama Lyonesse
Z wysokiej wieży w Lyonesse, samotnie czuwał, Gdzie lasy leżą w głębokiej ciemności, a wiatry jęczą jak trąby. Pewnej nocy, w bladym świetle księżyca, krzyk przeciął powietrze, Pół ryk, pół lament, żalu i rozpaczy.
Śpiewaj, o Segurant, Rycerzu strachu przed smokiem, On jedzie tam, gdzie nikt nie ośmieli się podążyć, Gdzie stąpali jedynie święci.
Znów nadeszło w kolejny wieczór, z dymem ciągnącym się po niebie, Smoczym oddechem, albo klątwą ducha, w straszliwych, żałobnych krzykach. Pojechał tam, gdzie kłębił się czarny dym i znalazł ziejącą jamę, A z jej głębin dobiegały dziwne głosy, bezkresny płacz.
Śpiewaj, o Segurant, Rycerzu strachu przed smokiem, Który poluje przez dym i cień, Dokąd prowadzą go smutne głosy.
Opowiedział o tym w sali dworu Artura, o tym, co zastał, o dymie i jękach, o mrocznej głębi i krzykach pod ziemią. Wtedy Merlin wstał i ostrzegł go wprost: „To nie jest bestia z kości, Lecz cień rozległy, który, jeśli uwolniony, może pochłonąć ciało i kamień”.
Śpiewaj, o Segurant, Rycerzu strachu przed smokiem, który przysiągł go ścigać, choć cały dwór odwrócił głowy.
Wyruszył więc z towarzyszami w mrok lasu, I tam znalazł ziejącą jamę, szeroką jak grobowiec olbrzyma. Sam odważył się zstąpić w jej głębiny, sam szukał dźwięku, I trzykrotnie jego róg rozbrzmiał w ciemności, Nim ziemia zapadła się.
Śpiewaj, o Segurant, Rycerzu strachu przed smokiem, Który dmie w róg w ciemności, A kamienie spadają mu na głowę.
Klify się załamały, kamienie posypały się, echa potoczyły się jak grzmoty. Ścieżka została zamknięta, rycerz zginął, gnany nieskończonym głodem cienia. Niektórzy mówią, że wciąż poluje na smoka, gdzie bezkresne jaskinie wiją się, inni, że otchłań pochłonęła go w całości, nie zostawiając po sobie nic.
Śpiewaj, o Segurant, Rycerzu strachu przed smokiem, który poluje na bestię na wieki, choć niektórzy twierdzą, że jest martwy.
List znaleziony w Lyonesse
Bracie Thomasinie,
Pisałem do ciebie szybko, bo odkryłem tu cuda, których nikt nie powinien przejść obojętnie. W tych czarnych lasach zobaczyłem dziwną roślinę, cierniową i poskręcaną, krwawiącą sokiem jak złoto, ciepłą jak ciało. Gdy złamałem gałąź, sok spłynął mi po ręce, i przysięgam, usłyszałem głos, miękki jak pieśń kościelna, a potem drugi, niski i głęboki, jak burczenie w brzuchu przed ucztą.
Były tam też kamienie, czarne i wyryte świętymi słowami, świecące jak świece ołtarzowe. Wziąłem trzy, bo księża dobrze płacą, nawet jeśli nazywają je przeklętymi. Głupcy! Brzmią jak dzwony kościelne, a ja czuję się mocny jak rycerz, gdy je mam.
Od tamtej pory śnię o stołach uginających się od mięsa i ciast, rybach tłustych jak świnie, chlebie białym jak śnieg. Widzę nas obu siedzących tam, jedzących do rozpuku, śmiejących się jak lordowie. Przysięgam na kości Oroaela, bracie, obudziłem się ze śliną na ustach.
Zaprawdę powiadam Ci, Thomasinie, ta ziemia jest bogata. Pójdę jeszcze głębiej, do otchłani, z której unosi się dym. W dole kryje się więcej cudów, złota dość dla nas obojga, jedzenia dość dla całej naszej rodziny. Kiedy to przyniosę, nikt już w Kerys nie będzie głodny. Módl się za mnie, jeśli chcesz, ale myślę, że teraz prowadzi mnie Boska ręka.
Twój brat,
Alain
Opowieści z Lyonesse
Pieśń o sprawiedliwym Lyonesse
Zielone były doliny Lyonesse,
Lśniące rosą o świcie,
Jabłonie, dęby i snopki zboża,
Złote na każdym trawniku.
Nikt nie cierpiał głodu w owych czasach,
Ani dziecko nie chudło z niedostatku,
Bo ustawiono tam ogromny kocioł,
W którym nigdy nie brakowało pożywienia.
Jedli, pili i jedli znowu,
Aż brzuchy puchły od jedzenia,
A dar stał się przekleństwem żarłoka
I wylał się na brzeg.
Tak uczta zalała piękną zieloną krainę,
Doliny zapadły się,
A teraz tylko fale zachowują pamięć
O czasach Lyonesse.
O inkwizycji i bursztynowym uścisku
Do Najczcigodniejszego Ojca, Strażnika Kluczy,
Niech będzie wiadomo, że pewne okazy, niedawno przetransportowane z prowincji Lyonesse, zostały oddane pod opiekę Papieskich Arkanistów w celu przeprowadzenia badań i rozeznania. Roślina, o której mowa, ma ciemne, kolczaste gałęzie, lecz w ich wnętrzu płynie złoty sok, który jarzy się i brzęczy z niezwykłą siłą. Uczeni mistrzowie nadali jej nazwę Ambergrasp.
Pierwsze badania dały bardzo pomyślne rezultaty. Destylacja soku rzeczywiście poruszała powietrze, jakby tchnęła w nie ukryte tchnienie, a gdy zastosowano go do relikwii o mniejszej świętości, przedmioty te świeciły jaśniej i zdawały się odpowiadać na modlitwy z większym zapałem. W dyskusji doszli do wniosku, że w tym soku kryje się jakaś cząstka boskiego ducha, podobna do cnoty, która przylega do kości męczenników lub kamieni starożytnych świątyń. Mistrzowie są przekonani, że może on służyć do tworzenia relikwii i artefaktów lub do nadawania nowego blasku cudom.
Zachęceni tymi odkryciami, Arkaniści pokornie proszą o pozwolenie na założenie placówki w samym Lyonesse, aby mogli prowadzić działalność na tym polu. Wierzą, że dzięki pewnym technikom uprawy gleby i błogosławieństwu można przyspieszyć wzrost Ambergrasp i pomnożyć jego plony.
Niniejszy oficer zaleca, aby prośba ta została spełniona, dla dobra Kościoła Świętego i klęski jego wrogów.
Podpisano i opieczętowano, Brat Maciej z Inkwizycji Wierny Sługa Stolicy Apostolskiej
Ostatnie słowa skryby Theloniusa - Część VI
Wielki Kataklizm (~3900–do dziś)
Po śmierci Loïosa świat nie opłakiwał go. Zaczął się rozłamywać.
Loïos nie zostawił edyktu, nie wyznaczył następcy, nie pozostawił świątyni. Tylko ciszę. A w tej ciszy objawił się rozkład. Prawie każdy tron i ołtarz zostały przez korupcję zagarnięte. Władcy odziani w pismo święte, biskupi perfumowani złotem, rajcy głoszący pokój, handlujący z demonami. Inkwizycja, powołana niegdyś do przeciwdziałania takiej zgniliźnie, widziała tylko to, co zechciała zobaczyć.
Pierwsze powstanie wybuchło w Anatolii. Królestwo to nigdy nie zostało całkowicie ujarzmione przez papiestwo. Jego rzeki, pustynie i zrujnowane wieże pamiętały zbyt wiele. W górskich siedzibach Pharos i bibliotekach Damat powstały ciche zgromadzenia. Nie czcili Loïosa, lecz zachowywali pamięć o jego duchu.
Z nich powstały nowe bractwa, jak Przymierze Ostatniego Żaru, poszukiwacze dążący do rozniecenia wiedzy z Ery Przodków, oraz Dzieci Światła, wojowniczo-uczeni, którzy studiowali święte geometrie Armozela i na nowo wykuwali jego wzory w żelazie i celu.
W Galii iskra buntu była słaba, lecz nie zgasła. Powróciły stare pieśni. Kamienne kręgi, niegdyś porzucone przez papiestwo, cicho zostały odnowione przez półtajne bractwo mistrzów budownictwa znane jako Gallijscy Compagnonowie. Oficjalnie droga do mistrzostwa wymagała pielgrzymki po znanym świecie, każdy członek musiał ukończyć dzieło mistrzowskie, by zdobyć swoje miejsce. Nieoficjalnie zbierali wiedzę, wymieniali techniki i strzegli sekretów świętej architektury, kontynuując spuściznę Meirothei, Armozela i Eleletha. Jestem pewien, że ich cicha praca była kluczowa dla zachowania Pax Dei w dolinach.
W Gotii tron upadł dawno temu. Lecz z rozbitej ziemi powstał Sanctum Compact, mozaika zielarzy, kowali i wędrownych rycerzy. Budowali schronienia ze starych kamieni, mapowali ukryte ścieżki i uczyli dzieci pamiętać gwiazdy.
Iberia milczała. Jej fanatycy dawno pochowali wątpliwości.
W Axis Mundi papież Hamenel IV otaczał się monetami, pergaminami i ceremonią. Pod jego stopami Petra Dei zaczęła pękać.
Nastąpiło to, co później nazwano Ostatnią Krucjatą. Nie był to pochód sztandarów ani wojna podbojów. Była to obrona progów, miejsc zbyt świętych, by je porzucić.
Z bractw, które wymieniłem, i wielu innych, dziś zapomnianych, sprawiedliwi wstali cicho na każdej ziemi. Odnowili nauki Zbawicieli. Nosili światło do jaskiń i ruin, do zniszczonych wnętrz dawnych sanktuariów. Zatykali skażone studnie. Splatali amulety z popiołu i miodu. Rzeźbili sigile własną krwią, a czasem nawet rezygnowali ze swoich imion, by chronić innych.
Inkwizycja nazywała ich heretykami. Całe linie rodowe naznaczono Pieczęcią Potępienia, nawet tych, których przodkowie cieszyli się szacunkiem w Epoce Królestw. Dom Sunshield, ród O'Mara, Ulianie, Klany Grayhawk i Rycerze Męstwa – wszyscy potępieni. Ich imiona wrzucono w ogień. A jednak to ich ręce trzymały ostatnie bastiony łaski.
Wśród rozsianych wiernych nie powstały żadne korony, lecz nowe imiona były szeptane i strzeżone: Luminari, Bracia Krwi, Magnus Lunae, Kruki Burzy, Sanktuarium, Czarna Kompania. Niektóre z nich trwają do dziś, strzegąc studni, relikwii i siebie nawzajem.
Lecz to nie wystarczyło. Demony powstały ponownie.
Iberia była pierwsza, która się załamała. W Toledo katakumby rozbrzmiewały pieśniami, których żaden żywy język nie przyznawał się do śpiewania. W Tomar fontanny płynęły słodką, czarną wodą, a dzieci mówiły głosami zbyt dawnymi, by były tchnieniem życia. Lecz to nie było oblężenie. Miasta nie upadły. Rozpuściły się. Ludzie się zmienili. Dzwony biły dla rzeczy już nieświętych.
Korupcja szerzyła się. Doszła do najwyższych warowni Galii, najgłębszych lasów Gotii. Tylko sanktuaria strzeżone przez sprawiedliwych oparły się, i to tylko na jakiś czas. Wioski się odwracały. Miasteczka upadały. Miasta następowały w ich ślady. Tam, gdzie miecze były zbyt słabe, kultystów przyciągały uśmiechy, obietnice i miodne pisma święte. A gdy napotykali opór, łamali go. Niezłomnych torturowano, ich kończyny rozrzucono, szczątki wystawiano jak trofea, ostrzeżenia wyrywano w ciele i kości.
Wkrótce nawet sprawiedliwi zostali otoczeni.
Wtedy nadeszło Oczyszczenie.
Boskość otworzyła jedno oko.
Stworzenie wstrzymało oddech.
I wtedy się roztrzaskało.
Burze powstały. Wiatry zdzierały lasy do kości. Deszcz padał jak żelazo. Słońce stało przez czterdzieści dni, a potem zniknęło. Sól paliła ziemię. Rzeki krwawiły. Bestie się deformowały. Plony obumarły bez rozkładu.
Przez ponad dekadę nie było rytmu. Nie było pór roku. Nie było równowagi.
Niektórzy przetrwali przez ofiarę. Petra Dei przygasała. Inkwizycja pękała. Święte miejsca zniknęły we mgle. W nielicznych zakątkach świata rytuały były podtrzymywane. Czasem tylko w pamięci, zawsze za cenę krwi.
Potem pojawili się obcy.
Nie wstali z grobów, nie spadli z gwiazd. Po prostu się pojawili. Dorośli. Cisi. Niepewni.
Niektórzy nie mieli imion. Inni mówili językami, których żadne żywe ucho nie pamiętało. Powracali do miejsc, których nigdy wcześniej nie widzieli, budowali narzędziami, których się nie uczyli używać.
Druidzi, ci, którzy nadal szepczą do korzeni, nazywają ich Potomstwem. Spadkobiercami soku Stworzenia, naczyniami wiedzy, która nigdy nie została zapisana.
Inkwizycja nazywa ich bluźniercami, których należy uciszyć i unicestwić.
Upadają, lecz wstają. Chodzą po ruinach bez strachu, jakby kamienie ich pamiętały. Patrzą w przyszłość wzrokiem tych, którzy przypominają sobie zapomniany sen.
Nie wiem, kim są. Nie są tacy jak my, lecz niosą coś, co utraciliśmy.
A jeśli jeszcze jakaś nić ciągnie się przez podarte płótno Stworzenia, może jeszcze przejdzie przez ich ręce.
Tak kończę moją opowieść. Pozwalam wiatrowi nieść to, co pozostało i światłu znaleźć to, co może jeszcze wzrosnąć.
A jeśli Boskość słucha, błagam, nie zamykaj jeszcze księgi.
— Thelonius Skryba
Ostatnie Słowo
Znów biorę pióro, choć ręka mi drży. Świeca się kończy. Atrament rozrzedzony. To może być ostatni raz.
Mówili, że przybędą znowu, Fay. I czuję ich teraz. Tuż poza Zasłoną.
Dziś rano przyleciał do mojego okna ptak. Pierwszy, którego widziałem od lat.
Niósł list, zawinięty w zniszczony płótno. Jego pióra były szare, a oczy jasne. Gdy rozwinąłem pergamin, nie odleciał. Został. Patrzył. Milczał. Nie śpiewał.
List był od Elrica, młodego skryby o rzadkim obiecującym talencie, którego spotkałem niegdyś w skarbcach pod Kerys, pomagając Pani Duine i jej strażnikom Sanktuarium chować relikwie przed złem. Pisze teraz z kotliny w górach, gdzie nieliczni jeszcze trwają.
Pisze o śniegu i korzeniach. O studni, która płynie czysta.
O starszych, którzy pamiętają Zbawicieli. O dzieciach urodzonych w milczeniu, uczonych modlitwy dłońmi.
Mówi o wędrowcach, którzy chodzą poza zasłoną, i o opowieściach szeptanych przy ogniu.
Pisze z wątpliwością i głodem.
Pyta o Potomków.
Mówi, że pewien druid wymówił to imię raz, zanim zniknął we mgle.
Mówi, że oni nie śpią, lecz powstają z ciemności.
Że jeden z nich zapłakał, gdy winorośl objęła zrujnowane sanktuarium.
Pyta:
Czym są?
Dlaczego wracają?
Jaką nić niosą? I do jakiego krosna?
Nie wiem, jak odpowiedzieć.
Ale wiem jedno: jeśli Elric żyje. I inni też.
Jeśli mówi prawdę, to jest jeszcze jakaś nadzieja.
Wciąż są sprawiedliwi. Wciąż są echa.
Wciąż są ręce, które się wyciągają. By pamiętać i trzymać.
Nie mam sił na pełną odpowiedź. Lecz zostawiam tę stronę otwartą.
Niech ptak niesie, co może.
Jeśli czytasz to, wiedz, że nie jesteś ostatni.
Czy urodziłeś się pod burzą,
czy powstałeś z świętego kamienia,
jesteś częścią obrotu.
Świat nie został jeszcze zniszczony.
Jest jeszcze czas, by zwrócić się ku Boskości.
I być może czas, by Boskość się odwróciła.
Noc zapada. Świeca przygasa.
Mówili, że przybędą znów, na końcu.
Czuję ich teraz, tuż poza Zasłoną.
Nie wiatr, nie deszcz, lecz coś starszego.
Łaska, która obserwuje i czeka.
Jeśli przyjdą dziś nocą, pójdę do nich.
Nie ze strachem, lecz z wiarą.
Zostawiam te słowa w Lunthyr,
gdzie umarli wciąż śnią.
I idę odpocząć wśród nich.
— Thelonius Skryba
Ostatni Strażnik Ukrytego Światła
Skryptorium Lunthyr, rok 3999
Ilustracje:
Wielki Kataklizm — obraz The Destruction of Pompeii and Herculaneum, namalowany przez Johna Martina w 1822 roku.
Ostatnie Słowo — obraz The Angel, Standing in the Sun, namalowany przez Williama Turnera w 1846 roku.
Strona 50 z 59






